Temat numeru

W gabinetach psychologicznych coraz częściej mamy do czynienia z objawami wypalenia zadaniami. Przeciążony człowiek zaczyna utykać – coraz więcej czasu potrzebuje na regenerację, coraz bardziej jest zmęczony, nawet jeśli pracuje mniej niż dawniej.
Bywa i tak, że penitent, klękając przy konfesjonale, jest nastawiony raczej na opłakiwanie siebie niż własnych grzechów. Bardziej żali się na grzechy niż ich żałuje. Owszem, grzech jest utrapieniem, wielu znawców życia duchowego porównuje go do choroby.
Relacje z bliskimi i przepis na szybko po prostu się ze sobą kłócą. Nie wyobrażam sobie troski o moje „TY – JA” bez zaufania temu, co moje i indywidualne, co pozwala mi czytać Ciebie i siebie. W „przepisie” podaję więc tylko garść uwag i refleksji do wykorzystania – ewentualnie i wcale niekoniecznie. Jedyne ścisłe zalecenie dotyczy indywidualizacji refleksji nad relacjami z bliskimi, gdy nie ma czasu.
Bóg chce, byśmy zakosztowali wieczności, przybliżyli się do Jego przedwiecznej istoty. Teraz być może trochę nas to przeraża, jednak Bóg podprowadza nas do czegoś innego, jakby chciał nam powiedzieć, że to nie w kalendarzu, w ustalonym rytmie czasu tkwi tajemnica naszego bezpieczeństwa. On sam jest jego gwarantem, On, który jest wieczny.
Od czasu, kiedy Sobór Watykański II wezwał Kościół do „badania znaków czasu i wyjaśniania ich w świetle Ewangelii”, termin „znaki czasu” zadomowił się w katolickiej nauce społecznej i w katolickiej refleksji pastoralnej. Czym są owe znaki czasu i jak je rozpoznawać? Czym się różni to rozpoznawanie od zwykłego czytania porannej gazety i przeżywania na tym tle różnych emocji?
Nie w tym rzecz, by teoretycznie uznać sensowność modlitwy za „żywych i umarłych”, ale by szczerze odpowiedzieć na pytania: Dlaczego to robię? Czy rzeczywiście pragnę to robić? Być może odpowiedź negatywna będzie początkiem drogi nawrócenia. Chociażby z tego powodu ten uczynek miłosierdzia, poprzez niemożność wypełnienia go, staje się gestem miłosierdzia Boga wobec nas.