Od tańca do… świętowania

Z Małgorzatą Brodą, dyrektorem Instytutu Europa Karpat przy Małopolskim Centrum Kultury „Sokół” w Nowym Sączu, rozmawia Jacek Siepsiak SJ
Życie Duchowe • LATO 87/2016
Dział • Rozmowy duchowe
(fot. Vladimir Pustovit / Flickr.com / CC BY 2.0)

Jesteś specjalistką od Karpat. Interesujesz się tym, co było, jest i będzie się działo w Karpatach, ale Twoją pasją jest także taniec.

Taniec bardzo wcześnie stał się moją pasją. Zaczęłam tańczyć, zanim wypowiedziałam pierwsze słowa. I tak też było w przypadku całej ludzkości: taniec pojawił się przed nazywaniem rzeczy i tworzeniem pojęć. A co jeszcze bardziej fascynujące: jest obecny w absolutnie każdej kulturze. Rozwój tańca – jak mówią antropolodzy – przyczynił się do rozwoju człowieka, przede wszystkim jeśli chodzi o umiejętność abstrakcyjnego myślenia, która właśnie w tańcu mogła wyrazić się najwcześniej. Mówi się też, że z tańca wywodzą się inne sztuki. Pierwotne tańce to maski i malowanie ciała – a więc sztuki plastyczne; rytmiczne uderzanie przedmiotami i pierwsze śpiewy czy zawodzenia – to muzyka; w końcu opowieści, które były treścią tańca – to dramat, a później sztuka słowa w ogóle.

Poprzez taniec już od zarania dziejów człowiek instynktownie dążył do wyrażania tego, co jest wewnątrz niego. Pierwotna funkcja tańca, funkcja obrzędowa, religijna, pozwalała mu także zrozumieć, że w świecie istnieje coś więcej niż rzeczywistość dostrzegalna zmysłami. Taniec zbliżał do duchowości i absolutu. Był próbą kontaktu z tym, czego nie można zobaczyć, dotknąć… I właśnie o tym opowiadał taniec, a tancerz stawał się pośrednikiem między ludźmi a bóstwem. W wielu mitologiach świat został stworzony poprzez taniec boga. Tancerz, który odgrywał rolę demiurga, powtarzał rytuał stwarzania świata i porządkowania chaosu. Jego ruchy właśnie z chaotycznych przechodziły w układ uporządkowany, powtarzający się cyklicznie, bo czas był w kulturach pierwotnych rozumiany cyklicznie, a nie linearnie.

Kiedy zaczyna się historia tańca?

Pierwsze malowidła, które pokazują tańczących ludzi w różnych układach, są datowane między dwudziestym a dziesiątym tysiącleciem przed naszą erą. Czasy starożytne wielbiły taniec, stawiając go na równi z matematyką, astronomią i filozofią. O dużym znaczeniu tańca mówił Platon i wielu innych wybitnych filozofów starożytnych. Do myśli starożytnej dotyczącej tańca bardzo długo nawiązywano w późniejszych epokach. Przełom nastąpił w XIX wieku, kiedy romantyzm pokazał jeszcze jeden wymiar tańca: dla romantyków taniec ludowy stał się praźródłem muzycznej energii człowieka.

Wspomniałaś o religijnej funkcji tańca. Nie jest to jednak jedyna jego funkcja…

Taniec pełni niezwykle wiele funkcji. Przede wszystkim jest to rodzaj języka, bo taniec zawsze nastawiony jest na komunikację – z bóstwem lub drugim człowiekiem. Pierwotnie taniec miał charakter odtwórczy i był związany przede wszystkim z ludzką pracą. Tancerz powtarzał ruchy codzienności: myśliwi przedstawiali ruchy ściganej zwierzyny i tych, którzy próbowali ją osaczyć, uprawiający ziemię – ruchy siewców i żniwiarzy. Z czasem taniec przestał jedynie odtwarzać. Człowiek zaczął w tańcu wyrażać również swoje emocje, wewnętrzne przeżycia i doznania. Taniec miał pokazać wnętrze człowieka, to, co czuje i czego doświadcza w kontakcie z różnymi zjawiskami życia, a wyrażenie tego w tańcu miało wywołać pewien oddźwięk w obserwatorze.

Taniec jest więc językiem komunikacji, ale nie jest to zwykły język, ponieważ zawsze towarzyszy świętu, podkreśla ważne momenty w życiu społeczności i jednostki: wspomniany rytuał religijny, ryt przejścia odtwarzający zmiany cyklów przyrody, narodziny, inicjacja, zawarcie małżeństwa. A świętowanie to także radość z przebywania razem, zatem taniec pełni rolę socjalizującą. Niektórzy badacze dostrzegali wręcz źródło powstania tańca w wybuchu radości nagromadzonej w obrębie wspólnoty i konieczności jej ekspresji. Ludzie, odkąd zaczęli żyć w grupie, przy okazji różnych świąt spotykali się i albo byli tancerzami, albo tancerzy obserwowali.

Taniec wyróżniał też dane plemię spośród innych. Dzisiaj doświadczamy tego, słuchając melodii tańców z różnych zakątków świata i patrząc na ruchy tancerzy. Obserwując tancerzy i charakterystyczny dla danego miejsca taniec, można domyślić się, jaki panuje tam klimat, jaki jest krajobraz, a to wszystko ma wpływ na temperament tubylców. Tańce mówią więc wiele o odmienności kulturowej, stają się wręcz wizytówką danej kultury.

Czy możesz podać jakiś przykład?

Chociażby dwa tańce miłości: rumba z Ameryki Południowej i polski kujawiak. W rumbie „wężowe” ruchy tancerzy mają przede wszystkim podkreślić piękne cechy ludzkiego ciała charakterystyczne dla obu płci. Stąd zmienny rytm wprowadzający w pewien rodzaj zmysłowego transu i ruchy ową zmysłowość podkreślające. „Bohaterką” tego tańca jest kobieta, emanująca erotyzmem, który przenika każdy jej ruch, to na niej skupia się nasza uwaga. Z kolei kujawiak to taniec na trzy czwarte, wolny, dostojny. Bywa nazywany „śpiącym” lub „kolebanym”, ponieważ tancerze poruszają się, jedynie lekko podrygując, falując i obracając się wkoło, przy czym partner cały czas niejako chroni partnerkę. Jest w tym tańcu nawet taki wzruszający gest, kiedy partner osłania dłonią oczy dziewczyny, by w czasie tego wspólnego „śnienia” nie raziło jej słonko. Dwa tańce miłości, a jakże inny rytm, klimat, ruchy i… przesłanie.

Wracając jeszcze do funkcji tańca, warto wspomnieć o jego roli terapeutycznej. W wielu kulturach mamy dowody na to, że taniec już od najdawniejszych czasów pomagał ludziom dźwignąć się z choroby, począwszy od tańców rytualnych, które miały oddalać od chorego złe uroki. Ale i dzisiaj taniec z powodzeniem stosowany jest w różnych terapiach, chociażby w terapii ruchowej. Jest też wykorzystywany w psychoterapii: kiedy człowiek obciążony psychicznie zaczyna tańczyć – albo sięga po inny rodzaj twórczości – odzyskuje nadzieję, bo wprawdzie nie ma już nic, ale można jeszcze zatańczyć, jak mówi Jonathan Carroll.

Dziś taniec to przede wszystkim rozrywka.

Rzeczywiście obecnie mamy dużą wiedzę na temat historii tańca, ale taniec w tych wszystkich wymiarach, o których mówiłam, przeżywa pewien kryzys. Z wyjątkiem rozrywki właśnie. Oczywiście są ludzie, którzy zajmują się tańcem zawodowo i artystycznie, są teatry tańca, które powracają do historycznych opowieści opartych na tańcu i które mają swoich widzów. Nie są oni może zbyt liczni, ale są. Natomiast jeśli chodzi o czynne uprawianie tańca, bardzo dużo się zmieniło, niestety na gorsze. Odkąd powstały dyskoteki, człowiek zamiast wchodzić we wspólnotę – bo przecież wyrywa się z domu, by doświadczyć wspólnoty – zanurza się w ciemność, w pulsujące światło, nie tańczy w parze, nawet nie w kręgu. Tańczy niby w grupie, ale chyba nigdzie nie można doświadczyć takiej samotności jak w miejscach typu klub nocny. Ludzie są oddzieleni od siebie, poruszają się niczym elektrony niesieni przez niesamowity, atakujący bębenki i splot słoneczny huk. Wykonują ruchy, które niby mają oderwać ich od codzienności i przenieść w inny świat, ale wydaje się, że nie jest to świat marzeń.

W tańcu ważny jest kontakt wzrokowy, który tworzy więź między ludźmi. W dyskotekach trudno taki kontakt utrzymać.

Taki taniec nie sprzyja wspólnocie, każdy tańczy sam i pozostaje sam w ciemności i huku. A kontakt wzrokowy to istota wielu tańców. Między innymi w tańcu góralskim partnerzy nie obejmują się, nie ma między nimi fizycznego kontaktu, ale wzajemność patrzenia sobie w oczy tworzy między nimi więź silniejszą niż dotyk.

Chciałbym jeszcze wrócić do tego, co mówiłaś o tańcu jako języku komunikacji. Człowiek przez taniec wiele komunikuje przede wszystkim o sobie. Jeśli otwiera się na taniec i w tańcu wyraża siebie, naprawdę dużo może o sobie powiedzieć. Może też zafascynować.

Myślę, że to jedna z podstawowych funkcji tańca: wzajemnie się fascynować. Taniec jest przecież elementem uwodzenia, dobierania się w pary, z czym mamy od dawien dawna do czynienia na przykład w tańcach i zwyczajach sobótkowych.

Oczywiście taniec wiele też mówi o człowieku, ale – jak wspomniałeś – człowiek musi chcieć wyrazić siebie przez taniec. Musi chcieć się na niego otworzyć. I jeśli to zrobi, to nie tylko uelastyczni dawno nieużywane mięśnie, odblokuje w sobie pewne ruchy, ale także odblokuje emocje, bo bez emocji nie ma tańca. Instruktorzy tańca mówią, że można nauczyć się odpowiednich sekwencji ruchów, można wyćwiczyć technikę, ale jeśli człowiek nie ma w sobie pewnego rodzaju wrażliwości i tej wrażliwości nie uwolni, nie pozwoli jej mówić przez swoje ciało, to nie ma tańca, jest tylko ruch. Niestety często trudno jest odblokować emocje i pokazać je. A człowiek bardzo tego potrzebuje, pragnie tego. Czasami nie może tego zrobić, nie zakładając jakiejś maski. Obawia się, ma w sobie jakąś blokadę, bo szczere wyrażanie emocji bywa uważane za objaw słabości, a to w niektórych rolach społecznych dyskwalifikuje. Słaby polityk to dziś nie do pomyślenia. Nauczyciel pląsający swobodnie na parkiecie – dla mnie nic złego, dla wielu będzie to jednak sygnał, że to ktoś niepoważny.

Widać tu napięcie między konwencją a ekstazą.

Konwencja jest w jakiś sposób bezpieczna. Można się za nią schować i wytłumaczyć, że ten konkretny ruch wykonało się, bo jest on przypisany do tego konkretnego tańca. Ale taki taniec nie uwolni naszych emocji. Jeśli jednak daję się ponieść, staję się niejako der wiszem, który wpada w ekstazę i krzyczy: „Żegnaj, rozumie, żegnaj!”, to wówczas wyłącza się samokontrola. A to warunek, który pozwala na przeżycie doświadczenia metafizycznego, bez względu na to, w co wierzymy. I dopiero taki taniec może spełnić funkcję otwierającą, oczyszczającą i terapeutyczną.

Jednak ludzie stojący po stronie konwencji czują nieraz swoistą wyższość w stosunku do tych, którzy „żegnają się z rozumem”. Derwisze przez muzułmanów uważani są przecież za heretyków, a chasydzi ze swoim modlitewnym tańcem przez ortodoksyjnych żydów za sektę.

Stało się tak dopiero, kiedy taniec przestał pełnić funkcję sakralną i ludzie zapomnieli, że pozwalał na kontakt z bóstwem. Wtedy zaczęto taniec uważać bardziej za przejaw słabości człowieka niż za coś ważnego, pięknego, poprzez co można chwalić Boga i stawać się w pełni człowiekiem. Martha Graham, amerykańska tancerka, choreograf i pedagog, mówiła, że kiedy tancerz tańczy, ziemia pod nim jest święta. I to przekonanie na szczęście w jakiejś mierze cały czas do nas powraca. Sacrum, które wpisane jest w taniec, człowiek odnajduje w każdej epoce, w mniejszym bądź większym stopniu. Wewnętrznie je w sobie czuje, choć są tacy, którzy nie ufają temu przeczuciu.

Podobnie ludzie nie ufają różnym charyzmatom obecnym w Kościele, które stoją na pograniczu ekstazy. Skąd się bierze ta nieufność? Czy nie dlatego, że taniec i towarzyszący mu trans uważa się za ucieczkę od codzienności, odurzanie się nim niczym narkotykami?

Bywa i tak. Jedni będą dostrzegać tylko jasną, piękną stronę tańca, drudzy – tylko złą, która prowokuje i rodzi niebezpieczne fascynacje. Warto spojrzeć na taniec całościowo. Wydaje mi się, że bilans wypadnie zawsze na korzyść tańca. Tak myślę, i to nie tylko dlatego, że taniec jest moją pasją.

Chyba dużo tracimy, nie tańcząc czy nie śpiewając już tak często jak kiedyś.

Etnografowie zauważają, że dawniej ludzie spotykali się najczęściej w swoich domach, miejscowych karczmach, w jakiejś oswojonej przestrzeni. Razem śpiewali, opowiadali różne historie, jeśli znalazł się muzyk, to były i tańce. Mój dziadek na przykład grywał na grzebieniu i przy jego muzyce ludzie doskonale się bawili. Dziś, jeśli nawet spotkanie odbywa się w jakiejś restauracji w naszej miejscowości, to nie jest to miejsce swojskie. Ludzie wyszli ze swoich miejsc w miejsca publiczne, obce i sformatowane według jakichś określonych schematów. Wszystkie te miejsca mają pewien narzucony charakter, bo są nastawione na konkretną klientelę. Na przykład na tę, która lubi kuchnię włoską, meksykańską albo chińską. Już na wstępie dzielą ludzi. Brakuje też miejsc, gdzie bawiłyby się ze sobą różne pokolenia. Już chyba tylko na weselach możemy spotkać reprezentantów różnych pokoleń, ale i w tym przypadku coraz częściej robi się oddzielne przyjęcia dla przyjaciół pary młodej, a oddzielne dla babć, cioć i wujków, których zaprasza się z obowiązku.

Powoli widać jednak chęć powrotu do wspólnej zabawy. Ludzie w różnym wieku, różnych zawodów i zainteresowań, z różnych grup społecznych chcą się wspólnie bawić. Na przykład w Sędku na Kielecczyźnie organizowane są Tabory Domów Tańca. To impreza, na której przez kilka dni grają regionalne kapele ludowe, a przy ich muzyce bawią się ludzie z całej Polski. Odbywają się też warsztaty dla ludowych muzyków i śpiewaków. Ludzie się spotykają, rozmawiają, jedni dzielą się swoimi umiejętnościami i wiedzą, drudzy coś chłoną i czegoś się mimowolnie uczą. To naprawdę świetny sposób bycia ze sobą.

Efekty takich spotkań są wspaniałe i – można powiedzieć – długofalowe. Bo trudno na przykład złościć się na kogoś, z kim kiedyś fajnie się tańczyło, śpiewało, grało… Jeden z baletmistrzów powiedział kiedyś: „Gdy tańczę, nie mam czasu ani chęci skupiać się na wadach innych. Po prostu jestem radością i ten drugi człowiek jest radością”. Jeśli spotkamy się w tej radości, to potem ona w nas odżywa. Ta właśnie radość staje się później pierwszym skojarzeniem z danym człowiekiem, a nie jego wady. Można powiedzieć, że taniec pełni też funkcję oswajającą człowieka z człowiekiem.

Chciałbym jeszcze wrócić do tańca w kontekście wspólnego świętowania. Kiedyś taniec towarzyszył właśnie tylko dniom świątecznym.

Rzeczywiście ani tańce ludowe, ani dworskie nie odbywały się na co dzień. Tańczono w dniach wolnych od pracy, z jakichś powodów świętych. Czy to była niedziela, czy święto religijne, czy związane z dawnymi wierzeniami i magicznymi praktykami. Ludzie chcieli wówczas być razem, razem się bawić, robić coś przyjemnego. Johan Huizinga w znanej książce Homo ludens pisał, że „taniec jako taki jest szczególną i szczególnie doskonałą formą samej zabawy”. Ale taniec to nie tylko przyjemność. Dla chłopców to był także element kształtowania sprawności. Stąd na przykład tak zwane tańce werbunkowe, z serią bardzo szybkich i trudnych ruchów. Wyćwiczona w ten sposób zwinność mogła później, na wojnie, uratować życie. Ciężka praca na roli niekoniecznie daje zwinność. A w życiu jak w boksie – trzeba mieć mocne pięści i palce stóp jak u tancerza.

Dziś także taniec wiąże się raczej z czasem odświętnym, wolnym. Nie urywamy się na tańce – albo robimy to rzadko – jeśli mamy jakieś obowiązki do spełnienia.

Powiedziałaś, że taniec to nie tylko przyjemność. To także wysiłek i ból.

Krew, pot i łzy… Popatrzmy na tancerzy, którzy muszą wyćwiczyć swoje ciało. Taniec trzeba mieć w sercu, ale trzeba również trenować ciało. Niejednokrotnie oznacza to wiele godzin na sali gimnastycznej, liczne kontuzje, naprężenia mięśni, stawów i ścięgien. Można powiedzieć, że taniec rodzi się w bólu. Ale to także rodzaj wewnętrznego święta, by pozostać przy świętowaniu, o którym mówimy. Cały ten wysiłek prowadzi bowiem do momentu, kiedy w świetle ramp baletnica porusza się niczym motyl, jakby zupełnie nie podlegała prawom grawitacji. Ludzie patrzą na nią i oklaskują, przeżywając niezwykłe emocje. Czasem doświadczają nawet swoistego katharsis. Nie zdają sobie sprawy albo nie chcą wiedzieć, że mięśnie tej baletnicy wcale nie są ze stali, że jej stawy i ścięgna podlegają jednak różnym obciążeniom. Może cierpi, ale ma uśmiech na twarzy, bo ona „dla tego światła, dla tych braw” – jak w piosence – poświęciła wiele godzin pracy. To dla niej święto świąt: może się podzielić z innymi tym, co jest jej pasją.

Jest zmęczona z powodu wysiłku, ale szczęśliwa ze względu na przekroczenie swoich granic, uwolnienie emocji.

Najczęściej zmęczenie czuje się dopiero po występie. Wcześniej jest taka adrenalina, że o bólu się nie pamięta. Znieczulają też emocje wywołane przez interakcję, jaka rodzi się między tancerzem a widzem.

Jest taka stara zasada, która mówi, że im więcej ludzi, tym więcej znaków i symboli potrzeba do komunikacji, a im mniej ludzi, tym więcej można powiedzieć w sposób bezpośredni bez znaków i symboli. Taniec wydaje się językiem uniwersalnym: jest czytelny nawet dla tłumów.

Każdy tłum można poruszyć tańcem, choćby przez korowód. W czasie Święta Dzieci Gór w Nowym Sączu wiele takich korowodów się odbywa. Idą w nich zespoły z różnych krajów i pokazują swoją kulturę. Dla widzów ich taniec może wydawać się egzotyczny, ale nawet bez odczytania wszystkich znaków ludzie świętują i wspólnie się bawią. To język, który rozumie się bez znajomości kodu. Jest tyle uniwersalnych ruchów ciała, że podświadomie, niemal instynktownie odbiera się ich znaczenie: jak zaciśnięta lub otwarta dłoń. To tak naprawdę kod kulturowy, który zapisuje się gdzieś głęboko w genach kolejnych pokoleń. Dzięki temu możemy czytać język tańca ludzi z drugiego końca świata i albo to nas porywa i idziemy za tym, albo się nam nie podoba i pozostajemy obojętni. Ja zawsze w takich sytuacjach zachęcam ludzi, by włączyli się do wspólnej zabawy, wspólnego tańca. Warto tańczyć, jeśli tylko coś nam w duszy gra…

Świętowanie to wyjście poza zwykły czas i wejście w czas szczególny, inaczej mierzony, inaczej nazywany. To wejście w sferę sacrum. I takie wejście daje także taniec.

Jeśli doświadczamy tańca jako sacrum i dajemy sobie szansę, by świętować tańcem, to radość, jaka z tego wypływa, powróci do nas w zwykłym czasie, i to wtedy gdy będzie najbardziej potrzebna. Taniec łączy z innymi, daje wewnętrzną satysfakcję, rodzi ciepło w sercu – to wszystko wraca do nas w trudnym czasie. Bo kiedy człowiek przeżywa ciężkie chwile, zawsze zwraca się w stronę czegoś dobrego, pięknego i niezwykłego w swoim życiu, do przestrzeni świętowania. Szuka się przecież ucieczki w ulubionych powieściach, wierszach, filmach, obrazach… Nieraz zupełnie niespodziewanie przypominamy sobie jakiś ważny dla nas cytat. By jednak nasza pamięć miała szansę przywołać go, wcześniej musimy te słowa przeżyć i zatrzymać związane z nimi emocje w swoistym banku emocji, przemyśleń i przeżyć, również tych związanych z tańcem. Do tego banku możemy w razie potrzeby sięgnąć. Uzdrawia już nawet wspomnienie tych dobrych doświadczeń. Dlatego tańczmy, bo o tańcu można rozmawiać, można pisać, ale lepiej jest… tańczyć.