Hostia jak zakaz ruchu

Z Hieronimem Kreisem, benedyktynem z Tyńca, rozmawia Jacek Siepsiak SJ
Życie Duchowe • ZIMA 89/2017
Dział • Rozmowy duchowe
(fot. DK/DEON.pl)

Jest Ojciec znany z kompozycji roślinnych w kościele opactwa tynieckiego, przy tworzeniu których wiele czerpie Ojciec z japońskiej sztuki układania kwiatów – ikebany.

Pracuję nad wykorzystaniem ikebany w liturgii, często jednak zarzuca mi się, że niepotrzebnie się za to zabrałem: bo to obca kultura, obce znaczenia, w ogóle nie wiadomo skąd. Po co nam coś obcego, skoro mamy swoje?

Na przykład?

W naszym kręgu kulturowym mamy takie powszechnie znane formy: wianek, następnie snopek, kiedyś bardzo modny (klasyczny snopek to bukiet goździków z łebkami na tej samej wysokości). Później wiecha, czyli kwiaty rozczochrane na wszystkie strony, kula jako obraz pełni, i co region – inny typ palmy wielkanocnej. Na tym kończą się możliwości. Czy to jest język, za pomocą którego można coś powiedzieć? Bo co mówi taka forma? Nic. Piękno nas zbawi? Jakie piękno?

Przystosowując ikebanę do potrzeb liturgii, przyjąłem za podstawowe formy style, które akcentują jeden kierunek: w górę (styl pionowy), na ukos (styl ukośny), poziom (styl horyzontalny), w dół (styl kaskadowy). Przez cały rok liturgiczny Bóg ze swoim ludem prowadzi zbawczy dialog. Inicjatywa należy do Boga. Mamy kierunek w dół: Boże Narodzenie (zejście Syna Bożego na ziemię), Wielkanoc (zstąpienie Chrystusa do Otchłani), Pięćdziesiątnica (Zesłanie Ducha Świętego). To zaledwie przykłady z podaniem zastosowania. Jest różnica?

Czy piękno nas zbawi?

Piękno samo nas nie zbawi, kicz nas nie zbawi, sztuka nas nie zbawi… Nas może zbawić Bóg. Jeśli mowa o pięknie, to musi być ono ściśle związane z dobrem i prawdą. Tak jest u Boga.

To, czym się otaczamy, ma wpływ na naszego ducha.

Oczywiście. Pytanie jednak brzmi: „Co może nas otworzyć na Boga?”. Nieraz człowiek nie styka się z wysoką sztuką. Z domu rodzinnego zna jedynie zwykłą, odrapaną gipsową figurkę, ale wie, o Kogo w tym wszystkim chodzi. Wbrew pozorom nieraz właśnie poprzez tę okaleczoną figurkę Pan Bóg jakoś dociera do człowieka. Z kiczem jednak wiąże się pewne niebezpieczeństwo. Sztuka podprowadza pod tajemnicę, którą może się zachwycić serce, a rozum musi uklęknąć. Kicz natomiast zastępuje: po co będziesz szukał Pana Boga, skoro Go widzisz? Jan A. Kłoczowski OP mówi jeszcze ostrzej: „Kicz jest kłamstwem, dlatego jest grzechem”.

Kicz wszystko upraszcza.

Przykład: ktoś lubi malarstwo Vincenta van Gogha i kupił kubek z reprodukcją fragmentu jego obrazu. Fragmentu, bo przecież cały obraz na kubku się nie zmieści. Czy to jest jeszcze van Gogh? Jakie to ma przesłanie? To tak jakbyśmy z ikony częstochowskiej wycięli same blizny. W ramach konkursu z wiedzy o ikonie rozpoznamy, skąd te blizny, ale czy to poprowadzi nas do Boga? Potrzebujemy widzieć i kontemplować całą ikonę i rozumieć, że Maryja swoją prawą ręką wskazuje nam swego Syna jako Drogę życia.

Kicz banalizuje, odziera z tajemnicy, chce, żeby wszystko było kolorowe, „jak żywe”. Nieraz się słyszy takie recepty, że dobry obraz powinien być realistyczny, na przykład obraz Jezusa. Tylko czy ktoś widział taki obraz? Jest tyle wizerunków Jezusa i możemy się strasznie zdziwić, jak się okaże, że na nich Jezus jest do siebie mało podobny. Święta Faustyna daje nam mocną przestrogę. Była bardzo niezadowolona z wizerunku Jezusa Miłosiernego, który został namalowany według jej objawień. Kicz daje natychmiastową odpowiedź. Zanim odpowie Pan Bóg, człowiek sam sobie odpowiada.

To odpowiedź łatwa, szybka i przyjemna… Nie zaprasza do tajemnicy i wzrostu wiary.

Ale czasem i piękno nie daje odpowiedzi. Bo co to jest piękno? Nieraz to jedynie skrajny estetyzm. Tak właśnie bywa w przypadku ikebany nowoczesnej: dla Japończyków najważniejszym żywiołem jest piękno, ale zdarza się, że uciekają w pustą formę, za którą nic więcej nie idzie. To rodzaj eksperymentowania: co jeszcze można wymyślić, czego jeszcze nie było. Gimnastyka z formą. Estetyzm też nam nie pomoże. A proszę sobie przypomnieć pomarszczoną twarz Matki Teresy z Kalkuty. Czy to była ładna kobieta? A mimo wszystko jej twarz była szlachetna i piękna. Trzeba wrócić do jedności piękna, dobra i prawdy.

Tylko że grecka sztuka starożytna z jednej strony pełna jest szukania prawdy, a z drugiej też może zatrzymywać na formie. Mam tu na myśli chociażby „Grupę Laokoona”. Czy piękna forma tej rzeźby może oddać ból ludzi pożeranych przez węże, których przedstawia? Czy nie jest ona właśnie zbyt piękna, by ukazać dramat sytuacji? Czy w ogóle cierpienie można oddać przez piękno?

To zawsze jest problem: Gdzie jest prawda? Jeśli została tylko piękna forma, która skupia na sobie i sprawia, że podziwiamy, jak artysta oddał ból, a sam ból wyparował, to mamy do czynienia jedynie z estetyzmem. Bo jeśli uciekł gdzieś ból, to znika też podstawowy odruch pomocy drugiemu człowiekowi. Zniknęła prawda i trudno się zorientować, o co tak naprawdę chodzi. Z drugiej strony forma może być „pustym naczyniem”, ale pustym „po coś”, pustym, by dać się napełnić. Bez pustego naczynia, przez które przeleci strumień powietrza, nie wydobędzie się dźwięku z piszczałki. Piszczałka jest po to, by wycisnąć ten dźwięk. Jest po coś.

Po co zatem benedyktyńskiemu mnichowi taka forma jak ikebana?

W Ogólnym wprowadzeniu do Mszału rzymskiego mamy rozdział piąty zatytułowany Urządzenie i wystrój kościoła do sprawowania Eucharystii. Szukałem w nim wskazówek na temat kwiatów, ale o kwiatach wprost jest tam niewiele. Parę zdań i koniec tematu. Można by więc pomyśleć, że nie ma po co czytać całego tego wprowadzenia. Skoro jednak to wprowadzenie jest, to jest po coś. A czytamy w nim: „Kościół zawsze stara się korzystać ze szlachetnej służby sztuki, dopuszczającej formy artystyczne wszystkich narodów i krajów. Co więcej, nie tylko usiłuje zachować dzieła i skarby sztuki przekazane przez wieki poprzednie i gdy zachodzi konieczność, dostosować je do nowych potrzeb, lecz również zabiega o wprowadzenie nowych dzieł, zgadzających się z duchem następujących po sobie epok. Dlatego przy stawianiu zadań artystom i wybieraniu dzieł, które mają być umieszczone w kościołach, należy poszukiwać prawdziwych wartości artystycznych, aby te dzieła utwierdzały wiarę i pobożność oraz były zgodne z prawdą, którą wyrażają, i celem, któremu służą” (289). Pytanie, czy ktoś w ogóle zadał sobie trud, by uczciwie przeczytać to wprowadzenie? Ja tu widzę bardzo dużo wskazań do pracy z kwiatami.

Sięgnąłem więc po ikebanę i zacząłem tworzyć je, opierając się na czytaniach liturgicznych. W czytaniach zawarte jest orędzie, które Gospodarz przygotował na stół słowa, i to orędzie staram się przetłumaczyć na obraz. Można zapytać, czy to w ogóle ma sens, bo najważniejsze, by człowiek przełożył to orędzie na swoje życie. Ale przekład słowa na obraz sprawia, że słowo głębiej zapada w pamięci. Pokazują to nawet badania naukowe: okazuje się, że jeśli mamy tylko przekaz słowny, to w pamięci odbiorcy zostaje z niego 30 procent; jeśli mamy słowo i obraz – zostaje 70 procent.

Powszechnie uważa się, że kwiaty w kościele (przede wszystkim cięte) są jakąś formą daru człowieka dla Boga. Najczęściej jednak pełnią one funkcję czysto dekoracyjną: w domu Bożym ma być pięknie. Znowu wyizolowane piękno, które nieraz skupia uwagę wiernych bardziej niż to, co dzieje się na ołtarzu. Jeśli tak działa ustawiona w kościele kompozycja z róż, to lepiej, żeby jej tam w ogóle nie było. Ikebana, którą buduję, ma nieść ze sobą jakąś treść związaną z liturgicznymi czytaniami.

To wyizolowane piękno, o którym Ojciec mówi, dotyczy nie tylko kwiatów, ale także innych przedmiotów ustawianych w kościele, a nawet tego, co w czasie Mszy mówi ksiądz: nieraz jego słowa pełne są „liturgicznych ozdobników”, które zatrzymują na sobie.

W Lubiniu są w parafii dwa kościoły: romański kościół pw. św. Leonarda i barokowy kościół klasztorny pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Pierwszy prościutki, z trzema oknami w prezbiterium (symbol Trójcy Świętej), prosty krzyż przy ołtarzu, jakaś prosta kompozycja. To wszystko. Dla mnie wymarzone miejsce do spotkania z Bogiem. Ale wierni wolą barokowy kościół w opactwie, bo tam „jest co oglądać”: malowidła, anioły, girlandy… Nieważne, co mówi ksiądz, ważny jest ten kolorowy film, który można śledzić w czasie Mszy. Niestety często to tylko „gapienie się”. Dzisiaj tak naprawdę nie potrafimy patrzeć, nie potrafimy myśleć symbolicznie, nie potrafimy odczytać alegorii. Wszystko to staje się zbyt skomplikowane i zagmatwane. Brakuje wiedzy. Jak mówi Jan A. Kłoczowski OP, u podstaw kiczu stoi lenistwo duchowe i intelektualne. Ludziom się po prostu nie chce czegoś dowiedzieć, nauczyć, przeczytać. Czekają na gotowe rozwiązanie.

Na ile obraz ma być czytelny, „gotowy” właśnie. Jeśli będzie przedstawiał coś zbyt wprost, może dotykać kiczu. Jeśli będzie zupełnie nieczytelny, do odbiorcy nie dotrze jego przekaz. Czy pewnych obrazów i symboli nie należałoby jednak tłumaczyć. Nie wszyscy są przygotowani do ich odbioru, a przecież jeśli coś robimy, to chcemy, by dzieło przemawiało.

Jak pokazać „Zwiastowanie Pańskie”? Było już przecież tyle przedstawień tego tematu. Swego czasu widziałem genialny obraz włoskiego malarstwa, który wywraca rzeczywistość do góry nogami. Maryja jest na nim ukazana nie na klęczniku, ale na skraju łóżka: siedzi na jego krawędzi ze złożonymi rękoma. Jest w miejscu, do którego nikt obcy nie wchodzi, które jest tylko Jej miejscem. Bardzo wymowny jest wzrok Maryi – patrzy bez strachu, bez dziwnego grymasu na twarzy. Jest zasłuchana i gotowa przyjąć tajemnicę.

Jak pokazać to w kwiecie? Nie da się. Wyraz twarzy człowieka ma tyle odcieni, tak szeroką skalę, że nie wyciśniesz tego z kwiatów. Zostało mi tylko pokazać Maryję w białym kielichu. Mamy więc kwiat lilii skierowany w stronę anioła. A anioł, by podkreślić, że jest niewidzialny, że jest duchem, stoi w wazonie szklanym. Szkło na czarnym tle prawie znika, kilka promieni światła, u góry wycinek złotej mozaiki, którą można odczytać jako słońce, ale także jako źrenicę oka. Z koła tej źrenicy wychodzą skrzydła zrobione z kwitnącej tarniny: widać, od Kogo anioł przychodzi. A skrzydła pokazują nie ponaddźwiękową szybkość lotu, tylko posłanie: anioł został posłany. Dalej: jak pokazać słowo, z którym anioł przychodzi do Maryi? Prosty zabieg: liść aspidistry, długi, lancetowaty, na sztywnej łodydze, zwinięty w zwój i zabezpieczony ukrytymi wykałaczkami, żeby się nie rozwinął. Mamy więc zwój, bo anioł przyszedł do Maryi ze słowem. Ewangelia jest precyzyjna i jeśli idzie się jej tropem, to prędzej czy później jakiś obraz znajdziemy.

Albo jak pokazać tajemnicę ziarnka gorczycy z Jezusowej przypowieści? Trzeba przede wszystkim pokazać sens tej przypowieści, a on jest prosty: z nikłego początku okazały efekt. Teraz już nie potrzebuję ziarnka gorczycy. Biorę gałęzie sosny i buduję drzewo wyższe od krzyża. Zostawiam wolną przestrzeń wokół jednej szyszki. Szyszkę widać, ale przecież wiadomo, że sosna nie bierze się z szyszki, tylko z ziarenka w szyszce. Trzeba więc myślą zejść jeszcze poziom niżej – do ziarna.

Czy przygotowując swoje projekty, Ojciec zakłada, że ksiądz na homilii je wyjaśni?

Dobrze by było, ponieważ wierni najczęściej nie są przyzwyczajeni do tego, że jeśli coś znajduje się w kościele, to ma to jakieś znaczenie. To oczywiście nie musi być całe kazanie o kompozycji roślinnej, wystarczy jedno zdanie: z maleńkiego nasiona, które jest w szyszce, wyrasta ogromne drzewo. Razem z tym ziarenkiem i szyszką ludziom zostanie w głowie cała przypowieść, która będzie ich atakować za każdym razem, gdy zobaczą sosnę. Dlatego Jezus mówił w przypowieściach: w przypowieści jest obraz, a obraz zrozumie nawet dziecko.

Czy nie jest tak, że piękno wymaga ascezy i by uniknąć kiczu, trzeba sobie pozwolić na pewien głód, na niedomówienie, na milczenie, na ascezę właśnie? Tylko wówczas możemy kontemplować obraz i tylko wtedy ten obraz do nas przemówi, wprowadzi nas w tajemnicę.

Rzeczywiście kicz daje pewną sytość, która sprawia, że człowiekowi nie chce się wysilać, bo skoro już coś ma, to po co szukać dalej. Dostajemy gotowe rozwiązanie i koniec pielgrzymki, ofiara spełniona. Teraz już tylko rosół i czekanie na wieczór. To za mało. Chodzi o to, byśmy przyszli na lekcję, zapamiętali kroki, które mamy do zrobienia, i zrobili je.

Kiedyś tuż przed świętami Bożego Narodzenia zachorowałem. To było zwykłe przeziębienie, ale by nie zarazić całej wspólnoty, zostałem odizolowany. Stanąłem przed pewnym brakiem: wszyscy się szykowali do Bożego Narodzenia, w benedyktyńskiej oprawie, a ja święta w zwykłej dla nich oprawie miałem już z głowy. Zadałem sobie wtedy proste pytanie: co z tych świąt zostanie, jak się wyrzuci wszystkie bożonarodzeniowe ozdoby? A okres Bożego Narodzenia jest najbardziej kiczowaty w Kościele… Kiedy się tak nad tym zastanawiałem i zacząłem pisać Mszę z kolędą1, aby się ponownie dokopać do tajemnicy Bożego Narodzenia i Eucharystii, zacząłem wyrzucać z tekstu wszystkie możliwe poetyckie ozdobniki. Okazało się, że zostaje to, co wymyślił Pan Bóg, a nie to, co na ogół dolepia do tego człowiek. Wtedy widzi się nie ledowe światło na choinkach, ale to, które zobaczyli prości pasterze w znalezionym Dziecięciu. Dzisiaj choinki stawia w domu wielu ludzi, którzy nie wierzą, ale jest zima, ciemno, inni mają choinki, to kto im zabroni. Takie święto, które sobie zrobi człowiek sam. Choinka wystarczy, po co mu Chrystus?

Podjąłem wysiłek ponownego szukania i w nowym świetle zobaczyłem wiele spraw, które przez lata przybladły. Nie wystarczy łatwy schemat. Trzeba pielgrzymki wiary. Niestety często idziemy na łatwiznę. Wierzymy w receptę i jej skuteczność. Całkowita rezygnacja z szukania. Dawanie ludziom gotowych recept jest realnym zagrożeniem również w duszpasterstwie.

Wiele osób przychodzi jednak do kościoła po gotowe recepty, oczekuje ich.

Bo to jest wygodne, tylko że przez taką wygodę wiele tracimy. We wspomnianym już wprowadzeniu do Mszału rzymskiego dużą uwagę przywiązuje się do przygotowania miejsca: kamień ma być kamieniem, drewno drewnem, wosk woskiem, płótno płótnem. Bo to wszystko ma swoją wymowę w czasie liturgii. A co mówi o ofierze ersatz pod tytułem rurka z plastiku, w którą wlewa się hektolitry oleju i tylko osoba zajmująca się tym wie, ile już się wypaliło. Ludzie nie widzą znaku wypalającej się do spodu świecy, która przecież wiele mówi o człowieku: to wszystko, co jest w tobie, ma się zmienić w światło.

Wygoda zabija znak.

I potem mamy w jednym z kościołów w centrum Krakowa cztery świece roratne, a raczej plastikowe rury z biało-błękitnymi wstążeczkami: doszło do cudownego rozmnożenia Matek Boskich? Symbol świecy roratnej zostaje zamieniony jedynie w dekorację. Ołtarz jest szeroki, więc jedna świeca to za mało, cztery ładniej wyglądają. Gubimy znaczenie symboliczne wielu przedmiotów w naszych świątyniach. Na przykład sześć świec na ołtarzu, każda z greckimi literami „x” i „p” oznaczającymi Chrystusa. Czy to jest ornament dekoracyjny czy niesie jednak ze sobą jakieś znaczenie? Zaczyna się od mrugającej, elektrycznej lampki udającej lampkę oliwną, potem są plastikowe kwiaty, a szczytem wtajemniczenia w tym wymiarze jest…

Kapłan ubrany w złotka?

Nie, gorzej. Mamy parafialne dziękczynienie za plony i w czasie procesji w dożynkowych wieńcach niesione są plastikowe owoce i warzywa. Czy to jest jeszcze liturgia? Czy takim wieńcem oddajemy cześć Panu Bogu? Dla Izraelity przyjście z darami było dziękczynieniem za plony, a jednocześnie wyznaniem wiary w Boga, który się opiekował jego przodkami w Egipcie, na pustyni i w ziemi obiecanej. Pan Bóg dał mu kawałek ziemi, która przyniosła mu owoc, i dla niego jest ogromną radością, że może te owoce przynieść Bogu.

Na Zesłanie Ducha Świętego, które obchodzono pod koniec żniw pszenicy, wierni przynosili siedem darów: jęczmień, pszenicę, oliwki, daktyle, granaty, figi i winogrona. To jest kapitalny obraz: człowiek przynosi Panu Bogu siedem darów. Pięćdziesiątnica w Kościele katolickim to duchowe żniwa Paschy Chrystusa – Bóg daje nam siedmiorakie dary Ducha Świętego. Trzeba nam szukać i pytać, co znaczą wszystkie te znaki w liturgii. Jeśli tego nie robimy, to po co w ogóle przychodzimy? Czego chcemy? Wypełniamy tylko puste rytuały? Dla świętego spokoju, żeby rodzina przy niedzielnym obiedzie nie mówiła: „Znowu nie byłeś w kościele”?

Trzeba nam troszczyć się, żeby to, co jest w kościele, było wartościowe. Tylko że czasem ludzie myślą, że to, co oni zrobili, co im urosło, jest nieładne, że lepsze jest to z supermarketu. Czy Panu Bogu potrzebne jest dziękczynienie za supermarket? Czy przynosząc swoje owoce, nie przynosimy także swojej pracy? Czy ona jest nic niewarta? Panu Bogu bardziej się spodoba twoje kwaśne jabłko, ale twoje, niż nie wiadomo jaki banan, nie wiadomo skąd.

Czy to nie wynika z potrzeby pokazania się? Kościół dla wielu jest miejscem do „zaprezentowania się” innym.

Do pewnego stopnia to może nawet pomóc człowiekowi iść do przodu, obudzić w nim potrzebę rozwoju. Nie jest jednak dobrze, jeśli się na tym zatrzyma. Gdzie się zaczyna problem Izraelitów? Nawet kiedy doszli do ziemi obiecanej, powinni byli dalej pielgrzymować. Nadal powinna trwać ich wędrówka w stronę Boga. Ale oni się zatrzymali. Po co będą szukać Boga, skoro mają świątynię i Pan Bóg mieszka między nimi? Tylko że kiedy się kończy szukanie Boga, łatwo się Go gubi, łatwo się od Niego odwrócić. Izraelici w końcu zmuszeni są opuścić ziemię obiecaną i zaczynają na nowo szukać Boga.

I tu jest cały hak z tym kiczem. Bo my mówimy tak: kicz odpada, bo kicz jest kłamstwem, a mamy głosić prawdę. Kłoczowski podkreśla, że człowiek ma w sobie „potrzebę kiczu”. Kicz go z wielu rzeczy zwalnia. Sprawia, że nie musi być taki ortodoksyjny, nie musi się wyróżniać, pchać do przodu, wystarczy, że wtopi się w tłum. Taka niby pokora. Rzecz jednak w tym, że Pan Bóg najczęściej odnajduje nas, kiedy upadamy. Do tego stopnia szanuje w nas wolną wolę, że prędzej zgodzi się na grzech niż na pozbawienie nas tej wolnej woli. I nieraz – jak już nie ma innego sposobu – to człowiek ocknie się, dopiero jak wejdzie w ten grzech. Ale zawsze konieczna jest interwencja Boga. Bez niej człowiek, który wszedł w grzech, może w nim tkwić: wlezie w nałóg i ten nałóg go pożre. Natura ludzka jest bardzo skomplikowana i złożona, ale jeśli człowiek pozna życie na wygnaniu, w krainie, którą zafundował mu grzech, to w którymś momencie zapyta siebie, czy jest na tym świecie tylko turystą, czy ma jakieś korzenie, miejsce, które mógłby nazwać domem.

Ale ten dom może mu się kojarzyć z kiczem i początkowo to właśnie od niego uciekał, od rzeczy, które nic mu nie mówiły…

Dlatego w domu, do którego przychodzi, winien zetknąć się z czymś autentycznym. Bo możemy kupić do naszych kościołów plastikowe kwiaty we wszystkich kolorach tęczy i zrobić kilka wymiennych dekoracji na cały rok. Wystarczyłoby je tylko od czasu do czasu przetrzeć z kurzu. Przy dekoracjach z żywych kwiatów trzeba się nachodzić. Nieraz słyszę, że w Tyńcu nigdy nie widać zwiędłych kwiatów, ale to dlatego że to, co zwiędłe, od razu usuwam. Ołtarz to nie jest cmentarzyk, tylko miejsce, z którego bije źródło życia.

Ważne też, byśmy pamiętali jedno: najpiękniejszą dekoracją kościoła są otaczające ołtarz dusze w stanie łaski. To zdanie Gabrieli Bossis, które zanotowałem już do końca życia. Jeśli ten wymiar nam umknie, nic nam nie pomoże: dyskusja o sztuce, niesztuce, kiczu, niekiczu. Dopiero z takim nastawieniem możemy liczyć na to, że będziemy szukać czegoś, co naprawdę jest najlepsze. I to będziemy dawać Panu Bogu, a nie byle co. Tylko warto pamiętać, że „najlepszy” nie znaczy z supermarketu. Za każdym razem przynosimy na Eucharystię – jak mówi kapłan w czasie przygotowania darów – „owoce pracy rąk naszych”…

Nieraz jednak zamiast autentyzmu wierni stykają się w kościele z coniedzielną sztampą, która nie wiadomo po co jest. Brakuje chyba trochę spontanicznej radości charakterystycznej dla krajów latynoamerykańskich. Liturgia w stylu latynoamerykańskim dla wielu z nas pewnie byłaby szokiem. Jesteśmy raczej przyzwyczajeni do braku jakiejkolwiek ekspresji.

Dotykamy bardzo ważnego tematu, który zresztą już sygnalizowaliśmy: Kościół czerpie z bogactwa wszystkich narodów. My najczęściej czerpiemy z własnego kręgu. Jesteśmy zamknięci niczym w pudełku i nieraz bardzo by nam pomogło, gdybyśmy popatrzyli, jak świętują gdzie indziej, jak wygląda liturgia w innych krajach. Jesteśmy w stanie zaakceptować to, co dzieje się w innych państwach europejskich, ale inne kontynenty to już dla nas za daleko, to już nie nasze. Tylko że z drugiej strony, jesteśmy tacy, jacy jesteśmy. Człowiek musi być autentyczny i nie ma go co przerabiać, uweselać na siłę, bo Chrystus mówił o radości. Nie o to chodzi. Najważniejsze, by człowiek wiedział, przed Kim stoi, bo jeśli o tym zapomni, będzie tylko czekał na koniec liturgii. Podda się rutynie, schematom i formułkom, których nie musi kontrolować, i jak najszybciej będzie chciał skończyć. I może nawet będzie powtarzał te formułki bez błędu, ale to będzie puste w środku.

Chciałbym jeszcze wrócić do wystroju kościołów, w których się modlimy. Dla mnie osobiście najważniejsza w kościele jest prostota i znak, który osobiście nazywam „brakiem znaku” i który nie wypiera Obecności Bożej. W naszych kościołach często jednak mamy przesyt znaków i przedmiotów. Ołtarz, który ma być ołtarzem dla Boga, nieraz staje się ołtarzem na wszystko inne.

Tymczasem na ołtarzu nie ma prawa być niczego, co nie dotyczy Ofiary. I jeśli parafianie odpowiedzialni za wystrój kościoła upierają się przy ozdobach na ołtarzu, proboszcz winien być stanowczy. Ale to nie jest tylko kwestia ozdób. Bywa, że na ołtarzu kładzie się plony niesione w procesji parafialnego dziękczynienia i nagle z ołtarza robi się stragan. Jeszcze chwila i pod całym tym dobrem ugnie się ołtarzowy kamień. Nie ma tam miejsca na Chleb Eucharystyczny. Kościół trzeba ozdabiać odpowiednio do charakteru uroczystości, w której wierni uczestniczą. Każdy okres liturgiczny niesie ze sobą konkretne przesłanie. Jeśli będziemy się go trzymać jak klucza, przygotujemy dekoracje, które zakodują wiernym orędzie danej niedzieli. W Adwencie czy w Wielkim Poście trzeba zachowywać umiar. Na razie jednak najczęściej jest tylko syto, bogato i śpiąco… Myślę, że najwyższy czas dać wiernym od tego odpocząć.

Czy nasze kościoły nie powinny być dekorowane jedynie przez osoby mające przygotowanie teologiczne?

Według mnie tak. Dekorowania kwiatami można nauczyć się na florystyce, ale jeśli florystyczne schematy wykorzystywane w ozdabianiu sal weselnych przeniesiemy do kościoła i ciągle będziemy grać tymi samymi chwytami, to przy ołtarzu stworzymy zakamarek zupełnie z innej rzeczywistości. Trzeba zdawać sobie sprawę, w jakim miejscu robi się dekorację i czemu ona ma służyć. Trzeba też mieć wyczucie całej przestrzeni, by – przy okazji różnych uroczystości – w zupełnie nowy sposób ukazać ludziom rzeczywistość, w którą wchodzą, przekraczając próg kościoła. Ale jeśli ktoś nie ma wyczucia sacrum, nie będzie umiał tego zrobić. Nieraz dekoracje kościoła zabijają znak. Na przykład osławione ozdoby ze styropianu: dwumetrowy kielich z hostią wiszący nad ołtarzem. Żeby nie wiadomo dokąd sięgał ksiądz podczas podniesienia, przy takiej dekoracji, będzie tylko karykaturalnie wyglądał ze swoją malutką hostią.

Podobnie ma się sprawa z tak modnymi obecnie banerami wiszącymi na kościołach: na każdym kościele czy nawet w środku kościoła – ta sama „reklama”. Swego czasu przy bramie wjazdowej do klasztoru wisiał pionowy baner: białe tło, złoty kielich, czerwone winogrona, chleb, kłosy, na górze hostia. Żeby białą hostię było widać na białym tle, obrysowano ją grubą, czerwoną obwódką. Z daleka ta hostia wyglądała jak zakaz ruchu. Później ten sam baner powieszono na otwartych drzwiach bramy, a w czasie procesji Bożego Ciała postawiono na ołtarzu w środku bramy monstrancję z Najświętszym Sakramentem. Ta monstrancja w bramie wyglądała przy banerze jak koliber przy słoniu. Mamy podprowadzić pod to, co dzieje się na ołtarzu. Tu jest to, co jest najważniejsze. Tymczasem często zamiast podprowadzać pod tajemnicę i pozwolić przed nią klęknąć, dajemy coś, co ją zastępuje, a z pewnością przesłania.

W bazylice ojców jezuitów przy Kopernika mamy kilka wyobrażeń Serca Jezusowego.

Jedno Serce, drugie Serce, trzecie Serce i tak powstaje matrioszka… To dublowanie sprawia, że wierni nie wiedzą już, co ważne. We wprowadzeniu do Mszału, na które się już powoływałem, napisane jest, że nie powinno się powtarzać wyobrażeń jednego świętego, chyba że obrazy z nim przedstawiają historię jego życia. Podobnie jest ze wspomnianymi już przeze mnie świecami roratnymi czy wizerunkami Matki Bożej. W naszym kościele w Tyńcu jest obraz Matki Bożej Częstochowskiej, ale w czasie nabożeństwa fatimskiego musi też stać Matka Boża Fatimska, inaczej nabożeństwo nie ruszy… I tak jest dobrze?

Często też w kościołach w różnych miejscach wiszą różnej wielkości krzyże.

I powoli robi się nam góra Garbarka. Pytanie, przed którym krzyżem stanąć, który jest właściwy? Nieraz mamy w kościołach takie nagromadzenie rzeczy, ponieważ tak naprawdę nie wiemy, co jest ważne, co to jest liturgia i o co w tym wszystkim chodzi. Chcielibyśmy wszystko pokazać. Jestem zgryźliwy, ale to z bezsilności wobec tego naśmiecenia – w naszych głowach i w naszych kościołach. Przez takie naśmiecenie nie potrafimy skupić się na tym, co naprawdę istotne. I pewnych rzeczy po prostu nie da się pokazać, wyrazić znakiem. Co wobec Boga znaczą te wszystkie nasze słowa, obrazy… Żebyśmy nie wiem co wymyślili, to Boga dopiero zobaczymy tam, nie tu. Trzeba nam sięgnąć w głąb, stanąć przed Bogiem, stanąć przed tajemnicą i przyjąć ją. Czy nie jest zaskakujące, że bez żadnych banerów i dekoracji prosty wieśniak w Arles, zapytany przez proboszcza (patrona proboszczów): „Co tu robisz sam w pustym kościele?” odpowiedział: „On patrzy na mnie, a ja na Niego”. To był człowiek wiary, pielgrzym ciągle zdążający do Boga. Tego ciągłego szukania Boga nam najpilniej potrzeba.

1 Zob. H. Kreis OSB, Msza z kolędą, Tyniec – Kraków 2013.